O istoto ludzka, spójrz, czy jest coś słodszego niż służyć Bogu i mieć Go za przyjaciela.
DD I/6

Dzisiejsza Ewangelia to opowieść z wieczernika, gdzie Jezus gromadzi się ze swoimi uczniami. Gdzie o służbie się mówi i służbę się pokazuje. Ale są tam i tacy, co ostatecznie postawie służby całkiem zaprzeczą i potraktują Go jak wroga, a nie przyjaciela, a zamiast słodyczy wybiorą gorycz.

Czytam dzisiejsze słowo (por. J 13,21-33.36-38) w trwającej już od ponad roku epidemii. Chyba każdy przyzna, że w obliczu jakiegoś zagrożenia weryfikują się nasze postawy. Wychodzą z ludzi lęki, niezaspokojone pragnienia, albo jakaś niedojrzałość. Nie da się już zbyt wiele ukryć. Z pewnością można powiedzieć – trudny czas, ale i na swój sposób: dobry czas – czas prawdy.

Wieczerza z uczniami to również czas prawdy. Słowo Boże mówiące o tym odsłania mi dziś trzy postawy – Judasza, Piotra i Jana.

Słucham jak Jezus przynagla Judasza, chce, żeby stanął twarzą w twarz z podjętymi wyborami i wziął do końca odpowiedzialność za swoje działanie. Choć wydaje się, że wszystko ukrywa ciemność nocy, dokładnie wiadomo, co się stanie…

Słucham jak Piotr rwie się do bronienia Jezusa. Zapewnia Go o wierności do końca. Chce przekonać wszystkich naokoło, że jest wystarczająco mocny, żeby się nie poddać.

Jana mało słychać, ale jego postawa jest wymowna. Ma w sobie spokój, bo jest blisko Jezusa. Z tej bliskości zaczerpnie siłę, żeby wytrwać przy Umiłowanym do ostatnich chwil.

Staram się towarzyszyć Jezusowi i Apostołom w wieczerniku. Myślę nad tym, jak radzę sobie z sytuacją zagrożenia. Chociażby tą teraz, dotyczącą każdego z nas. Właściwie boję się jej, bo nie wiem, co jeszcze ze mnie wyjdzie, jak się sprawdzę w przeżywaniu tego wszystkiego do końca. Jakim człowiekiem się okażę? Do czego mogę być zdolna? Jakie ostatecznie dam świadectwo przed Bogiem, światem, samą sobą? Miniony i trwający rok to potwierdzają: spokojne życie nie wymaga aż tyle. Ale życie nie zawsze takie jest. Musi w końcu przyjść czas prawdy.

W kolejnym, pandemicznym Wielkim Tygodniu staram się przenieść sercem do tamtych wydarzeń w wieczerniku. Siadam przy jednym stole z Jezusem i uczniami, chcę wziąć udział w tej uczcie, z której Jezus wyszedł na mękę. Zastanawiam się – jakbym się tam zachowywała? Która z postaw byłaby mi najbliższa? Czy chowałabym się za innymi, żeby nie było mnie widać? A może rwałabym się do przodu jak Piotr, ambitnie przekonując Jezusa, że zawsze Go obronię? Czy raczej jak Jan, garnęłabym się do Mistrza, odpuściłabym sobie swoje pobożne gadki i po prostu słuchała bicia Jego serca? A może już wtedy, chyłkiem, po cichutku wymknęłabym się stamtąd, żeby mi się przypadkiem nie oberwało? Albo, nie daj Boże, poszłabym „w noc”, żeby jak Judasz Go zdradzić, choć jeszcze przed chwilą – razem ze wszystkimi – zostałam obdarowana przez Niego cząstką chleba, znakiem wspólnoty i zapewnieniem, że Boża miłość nie zniechęci się żadnym ludzkim odrzuceniem…

Gdy Ojciec Jordan pisał o „słodyczy” służby i przyjaźni z Jezusem miał dwadzieścia siedem lat. Dopiero zaczynał pisać Dziennik. Można powiedzieć: ot, młodzieńcza gorliwość. Całkiem jak Piotr! Wielkie deklaracje, które życie jeszcze zweryfikuje. Poczekajmy na taki, czy inny czas prawdy. Proszę bardzo. I z biografii Franciszka od Krzyża, i z jego notatek wynika, że takich chwil nie brakowało, a ich ślady pozostały na kartach Dziennika, chociażby w cytowanym lub parafrazowanym kilkakrotnie fragmencie z Pisma Świętego (2 Kor 6,4): We wszystkim okazujmy się jako słudzy Boga: przez wielką cierpliwość, abyśmy w dniu zmartwychwstania z Panem zostali uwielbieni (DD I/169 -Jordan miał wówczas 35 lat); (We wszystkim okazujemy się sługami Boga) przez wielką cierpliwość wśród utrapień, przeciwności i ucisków, w chłostach, w więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, nocnych czuwaniach i w postach… wśród czci i pohańbienia, przez dobrą sławę i zniesławienie (DD II/10 – 48 lat); (okazujemy się sługami Boga przez wszystko): przez wielką cierpliwość, wśród utrapień przeciwności i ucisków, w chłostach, więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, nocnych czuwaniach i w postach… wśród czci i pohańbienia, przez dobrą sławę i zniesławienie (DD IV 29-30 – 68 lat).

Jak widać – czas mijał, weryfikował, gorliwe pragnienia były różnie wyrażane, ale nigdy – nawet pośród trudności – nie zostały przez Jordana porzucone. Nie opuściła Ojca Franciszka ta odkryta w młodości błogosławiona pewność, że służba Bogu naprawdę jest słodyczą. Że faktycznie warto mieć Go za przyjaciela, zwłaszcza w chwilach, gdy życie zdaje się przynosić raczej gorycz…

W „służeniu przez wszystko” pewnie nieobca była Jordanowi i Piotrowa gorliwość, i Janowy spokój. A może nawet – w „ciemności nocy” czyli walce duchowej – dopadały go Judaszowe pokusy, które wśród utrapień przeciwności i ucisków pokonywał trwając przy Jezusie (Nocna modlitwa – skarb! – DD II/68). Wiedział, że On zna serca swoich uczniów i rozumie kim są ci, których wybrał. Uznawał, że sam nie jest wolny od słabości (O, jak słaby i nędzny jest człowiek! – DD I/131). Był jednak przekonany, że wszystko powinno dążyć do tego, aby we wszystkim coraz bardziej służyć Bogu (por. DD I/53).

I służył, jak pragnął od młodości – wszędzie i każdemu jednemu. Zawsze na wzór Tego, który nigdy – nawet w obliczu największego zagrożenia – nie zniechęcił się żadną ludzką postawą.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s