Użyj całej siły, żebyś mógł z pomocą łaski Bożej zdziałać wiele dla chwały Bożej i dla zbawienia swojego i duszy bliźniego! Myśl też w szczególności o potrzebach cielesnych swoich bliźnich! Nie obawiaj się żadnych nieprzyjemności, gdy idzie o to, by pomóc człowiekowi albo spełniać wobec niego uczynki miłosierdzia!
DD I/56

Kandydatów na ołtarze zawsze kojarzy się z głębią życia duchowego. I słusznie. Ale dzisiejsza Ewangelia przypomniała mi wyraźnie, że nie ma czegoś takiego jak życie duchowe i życie „nieduchowe”. Jest jedno życie, którym dochodzimy do świętości. I duchem, i ciałem. Zresztą – świętymi są ludzie z krwi i kości.

Co jest takiego poruszającego w dzisiejszej Ewangelii? (por. Mt 15, 29-37).
Może to, że ludzie spodziewali się uzdrowień, a jeszcze zostali nakarmieni. Przyszli, by Jezus pomógł im w ich słabościach, a On zatroszczył się także o to, by nie osłabli. Pomagając chorym, pomógł i tym, którzy chorych przynieśli. Cały Jezus – daje więcej, niż się człowiek spodziewa. Dokonując cudów nie zapomina o najprostszych rzeczach. Piękny jest ten Boży realizm, który uczy jak budować dojrzałe życie.

Słyszę Jezusowe: „Żal mi tego tłumu”, patrzę na karmione „mnóstwo” oraz siedem pełnych koszów z ułomkami i się zastanawiam – co przyjdzie człowiekowi z wielkich uniesień, jeśli zaniedba swoje najbardziej podstawowe życiowe potrzeby? Jaki pożytek przyniosą „duchowe odloty”, jeśli zlekceważymy naszą cielesną stronę?

Dzisiejsza Ewangelia przypomina mi, że jednym z elementów nauki Jezusa jest wielki szacunek do cielesności człowieka. Kojarzę, że w kulturze greckiej ciało było traktowane jako coś, co niesie tylko zapowiedź tragedii i śmierci. W chrześcijaństwie ciało zostało docenione. I to jest zrozumiałe. Zbawienie przyszło przez Jezusa, który jest Bogiem i Człowiekiem w pełnym znaczeniu obu słów. Człowiekiem nie trochę, nie na niby. Cielesnym człowiekiem, nie duchem, który tylko udaje. Nie brak w Ewangelii dowodów na Jego zmęczenie, potrzebę snu, głód…

Jezus uzdrawiający z chorób i dający jeść pokazuje mi dziś, że nie chce, aby nasza wiara w Niego była odrzucaniem jakiejkolwiek części nas samych. Także tej, która mówi: „osłabną w drodze”.

Dopiero dziś dotarło do mnie, że sporo o szacunku do ciała nauczyłam się od Sługi Bożego Franciszka Jordana. Nie, nie mówił o tym wiele. Jednak dają do myślenia – z jednej strony jego używanie całej siły dla chwały Bożej, spracowane ręce i kolana nie bojące się długiego klęczenia, ale z drugiej – jego mądre stawianie granic: o ile pozwoli ci na coś zdrowie. To ważna dla mnie lekcja płynąca z lektury Dziennika Duchowego: najgłębsze pragnienia duchowe szanują możliwości ciała: Twoim obowiązkiem jest poważnie troszczyć się o swoje zdrowie (DD II/25); Jesteś ściśle zobowiązany dbać o swoje zdrowie i odpocząć, abyś z pomocą Bożą wykonał…(DD II/115) To także jest wyraz bycia chrześcijaninem – wiary we wcielonego Boga.

Osobista wstawka. Nietrudno się domyślić, że codzienne pisanie jest jakimś wyzwaniem. Co tu ukrywać – czasem zbyt dużym. Kiedy rok temu przeżywałam Adwent z Jordanem i podjęłam się systematycznych publikacji, dzień przed kolejną rocznicą założenia Zgromadzenia Salwatorianów (8 grudnia), czyli zaledwie po 7 dniach realizowania tej inicjatywy – ciało powiedziało: stop. Albo o siebie zadbasz, albo – zarywając następną noc, bo w dzień nie było kiedy napisać – nie będziesz miała o co dbać. I tego żadne pobożne motywacje nie usprawiedliwią. Pamiętam to jeszcze. Trochę ku przestrodze, a jeszcze bardziej – z wdzięcznością. Bo od tamtego momentu Adwent naprawdę stał się Adwentem – oczekiwaniem na przyjście Mesjasza, którego na poważnie potrzebuję.

Okazuje się dziś, przy tym Mateuszowym fragmencie, że troska o zdrowie to nie jest tylko taka zwykła, życiowa mądrość. To jest mądrość ewangeliczna – uznać swoje ograniczenia. Wszystkie, również cielesne. W końcu prawdą jest, że zbawione może być tylko to, co jest przyjęte. Jakie to jest piękne: Mój Bóg wie, że mogę zasłabnąć w drodze. Przypomina mi to trochę wyczytaną gdzieś w książkach historię o tym, jak w Wielkim Poście Ojciec Franciszek zawiesił ustalony dla współbraci post, by zjeść posiłek z głodnym: Ten brat nie może umrzeć z głodu, ale też nie może czuć się zakłopotany jedząc sam. Jedno proste zdarzenie i dowód na dwie sprawy. Pierwsza: Oto Jordanowe myślenie o potrzebach cielesnych w praktyce. I druga: Kiedy karmisz z miłością, wzmacniasz nie tylko ciało, ale i ducha.

Może właśnie wierność Ewangelii i pokorne uznanie własnych ograniczeń nauczyło Ojca Franciszka myślenia o potrzebach cielesnych swoich bliźnich. Tak się kształtuje w człowieku cenna umiejętność zrozumienia sytuacji – i swojej, i innych. I taki jest początek dobra: zauważać potrzeby ludzi. Wbrew pozorom to nie jest proste: widzieć komu i w czym trzeba pomóc, nie przestając pamiętać, że samemu też można potrzebować pomocy. Jeśli braknie umiejętności widzenia potrzebujących (innych oraz siebie w potrzebie), żadne dobro się nie urodzi. W końcu: kto nie widzi, ten nie pomoże.

Sługo Boży Franciszku ucz nas pamiętać, że mamy i duszę, i ciało, a Bóg, który stał się Człowiekiem miłuje je i pragnie zbawić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s