Stało się to przez Pana: cudem jest w oczach naszych.
Ps 118, 23; DD, Ostatnie słowa Ojca Franciszka Jordana

Chociaż minął rok, pamiętam dobrze tamten dzień. A właściwie dni, bo obchodzenie stulecia śmierci Ojca Jordana w 2018 roku, nie ograniczyło się tylko do ósmego września – dnia, w którym zmarł Franciszek od Krzyża.

Nie mogłam doświadczać piękna Jordanowej prostoty i wierności w każdy ósmy dzień miesiąca tamtego roku, w którym (pewnie nie tylko na terenie Krakowa) głębiej pochylano się nad życiem i dziełem Ojca Franciszka. Nie uczestniczyłam w Eucharystiach, nie wysłuchałam głoszonych po nich konferencji. Wszystko docierało do mnie jakby z opóźnieniem. Ale dotarło i – jak się okazało – w samą porę.

Bo poruszyło mnie to tak mocno, że w pierwszych dniach września pozamieniałam się w pracy, skończyłam lekcje wcześniej, spakowałam Dziennik Duchowy i pojechałam do Krakowa, żeby stulecie śmierci Franciszka Jordana przeżyć tam, gdzie usłyszałam o nim po raz pierwszy.

Jadąc w pociągu czytałam ostatnie słowa Ojca Jordana, zamieszczone w Dzienniku, dzięki świadectwu tych, którzy towarzyszyli mu w chwilach konania: jego następcy Ojca Pankracego Pfeiffera SDS i opiekujących się Franciszkiem od Krzyża Sióstr Miłosierdzia.

To było zderzenie dwóch światów – zatłoczone jak zwykle Regio bez miejscówek, którym jeżdżę korzystając z nauczycielskiej ulgi, hałaśliwy stukot kół, dzwoniące bez przerwy komórki pasażerów… i cisza szpitalnego łóżka, na którym leży cierpiący, umierający człowiek i z narastającym bólem wypowiada swoje ostatnie słowa. Cenne jak perły.

Chociaż to naprawdę ostatnie słowa Ojca Franciszka – dla mnie ciągle brzmią jak pierwsze i sprawiają, że nie bardzo potrafię myśleć i pisać o życiu Jordana w czasie przeszłym.

Musi się pozwolić prowadzić przez Opatrzność i uważać, by nie pokrzyżować Jej planów. Niektórzy tracą cierpliwość i zatrzymują się w połowie drogi. Gdy się wytrwa, znajduje się w końcu rozwiązanie – czytam w pociągu, który ni stąd, ni zowąd – zaczyna się psuć. Co chwilę staje, a kiedy już rusza, jedzie tak wolno, że podróż do Krakowa trwa dwa razy dłużej, niż zwykle. Tymczasem jest wieczór, a nocleg zarezerwowany na terenie klasztoru sióstr obliguje mnie do przyjazdu nie później niż…

Nie zdążę. Wiszę na telefonie, żeby siostry jakoś uprzedzić i wybłagać otwarcie furty długo po jej zamknięciu. Udaje się. Ukochany Bóg jest tak dobry – przelatują mi przez głowę słowa z Dziennika, gdy sama prawie lecę pod umówiony adres. Czekają na mnie. Rozumieją. Życzą dobrej nocy.

A ja zamiast iść spać, dalej czytam te ostatnie słowa. Wszystko jak Bóg chce – mówi umierający Jordan, a mnie przypominają się zdziwione spojrzenia i pytania moich bliskich: Chce ci się jechać 170 km, żeby odmówić różaniec?

Bo w dzień śmierci Ojca Franciszka jest różaniec. O 20.02, czyli w godzinie odejścia Założyciela Salwatorianów i Salwatorianek, a o tę modlitwę prosi ich przełożony generalny.

8 września, w sobotę, jadę tramwajem na ten różaniec i się zastanawiam: dlaczego ja to robię? Po co się wpycham na uroczystość – w sumie – rodzinną? Przecież naprawdę rzadko bywam w tym kościele, właściwie nie tworzę tej wspólnoty… A Franciszek od Krzyża w ostatnich słowach modli się: Mój Boże, błogosław moje dzieci, umocnij je i ucz je walczyć i uczyń, żeby zostali wszyscy świętymi!

Klękam w kościele, zdecydowanie mniej zatłoczonym, niż pociąg ze świętokrzyskiego do małopolskiego, odmawiam kolejne zdrowaśki, do których prowadzący zaprasza ludzi, zwracając się do nich po imieniu. Nieśmiało dociera do mnie, że Jordanowe „dzieci” to również ja. Chociaż bez salwatoriańskiego habitu i żadnych SDS tam, gdzie na co dzień mieszkam, a moje imię kojarzy może jedna osoba w tym kościele. A jednak – naprawdę jestem tu przyjęta jak u siebie. Jak w domu, o który – w liturgii pojutrze, czyli właśnie ósmego września – poprosi bliski Ojcu Jordanowi św. Paweł dla niewolnika Onezyma, mówiąc o nim: „moje dziecko”, „serce moje” (por. Flm 9b-10.12-17).

Powoli, kolejno powtarzam przed Bogiem: „Ojcze nasz”; „…teraz i w godzinę śmierci naszej” i uświadamiam sobie, że tak, jak Ojciec Jordan towarzyszył zawsze i wszystkim za życia, tak teraz, nam wszystkim, żyjącym wszędzie, pozwala towarzyszyć mu w chwili konania. „Słyszę” jak mówi: Umiłowany Bóg sprawi wszystko dobrze. Inni przyjdą i będą, wspominając nasze cierpienia, pracować dalej. Czuję, jak w oczach kręcą mi się łzy.

Na zakończenie śpiewamy Maria Regina Mundi, a mnie nagle przypominają się wszystkie Apele w Sanktuarium Ostrobramskim w moim mieście. Zresztą – wieczory są u nas tak ciche, a śpiew tak daleko się niesie, że nawet gdy nie jadę do Ostrej Bramy, słyszę: „Maryjo, Królowo Polski” na własnym podwórku. Niech Bóg błogosławi nas wszystkich, wszyscy Jego jesteśmy – podsumowuje Jordan w swoich ostatnich słowach moje skojarzenia. Jesteś w domu – mówi mi i wcale nie używa do tego słów.

Chciałabym zostać tam jak najdłużej, ale muszę szybko wracać, bo nie wypada narażać sióstr na kolejne otwieranie furty po ustalonej godzinie. Tym razem zdążam, chociaż w ostatniej chwili.

Znowu nie mogę zasnąć. Myślę o tym, że ósmego września wspominamy narodziny Maryi i śmierć Ojca Franciszka, tak bardzo Matce Bożej oddanego. Wspominamy, że przyszła na świat jeszcze jedna dziewczynka w państwie Izraela i że zmarł schorowany kapłan, otoczony tylko małą garstką bliskich.

Oboje byli tak bardzo zwyczajnymi ludźmi.
Oboje całym sercem kochali Jezusa i oddali Mu całe swoje życie.
Oboje ciągle zmieniają świat swoją miłością do Niego.
I właśnie teraz, oboje – zwyczajna hebrajska kobieta i prosty, niemiecki kapłan; Matka Boża i Sługa Boży – mówią mi: Nie bój się twojego powszedniego życia, w którym czasem „z trudem znajdujesz, co masz pod ręką” (por. Mdr 9, 13-18). Właśnie tam zawsze czeka na ciebie Boski Zbawiciel. „Pozwól Jezusowi powiedzieć ci, jak on widzi twoje życie” – usłyszę następnego dnia w homilii.

Bo w niedzielę wracam do kościoła Boskiego Zbawiciela na Eucharystię dziękczynną za życie i dzieło Ojca Jordana. Po drodze spotykam kobietę, która także uczestniczyła w wieczornym różańcu. Nie znamy się, ale się rozpoznajemy, uśmiechając się do siebie. Do salwatoriańskiej świątyni dochodzimy razem.

Na Eucharystii słyszę różne rzeczy.
Słyszę homilię o tym, aby uważnie słuchać słów Zbawiciela, siedząc pokornie u Jego stóp (por. DD I/65) i pozwolić Mu mówić o moim życiu.
Słyszę głos niepełnosprawnego chłopca, który uczestniczy we Mszy świętej wraz z rodzicami i ma zupełnie inną percepcję rzeczywistości, niż cała reszta ludzi w kościele, więc chwilami mówi razem z kaznodzieją i bywa, że głośniej, niż on, a ja zaczynam walczyć, żeby się nie rozproszyć.
Słyszę pieśń skomponowaną do słów: Dopóki żyje na świecie jeszcze jeden człowiek, który nie zna Boga i nie kocha Go ponad wszystko, nie możesz ani chwili spocząć (DD II/1), której nie słyszałam nigdy wcześniej i uśmiecham się do niej od pierwszych taktów.

Wszystkie te dźwięki mniej lub bardziej świadomie koduję w głowie, nie wiedząc jeszcze, że naprawdę mają być zakodowane i nadal będą we mnie wybrzmiewać. Faktycznie – co jakiś czas wracają. Uczą jak usłyszeć jeszcze jedno, ostatnie zdanie umierającego Ojca Franciszka: Niebo otrzymamy tylko przez Miłosierdzie Boże, inaczej nie wejdziemy tam!

Bo przeżywane rok temu stulecie śmierci Ojca Jordana jest dla mnie ciągle trwającą lekcją Bożego Miłosierdzia.

Po tamtej Mszy dziękczynnej zostałam w kościele chwilę dłużej. Chciałam „zebrać” i zabrać wszystko, co się tam zdarzyło, do mojej codzienności. Tak, żeby już poza Krakowem, pomału i dalej odkrywać, co i ile zostało mi od Boga i Jordana dane.

Albo raczej: pozwalać, by Bóg sam mi odkrywał.

Że Jego porusza tylko miłosierdzie i miłosierdziem odpowiada na to, czego najbardziej potrzebuję.
Że zawsze mówi w miłosierdziu i w miłosierdziu obdarza łaską słuchania Jego słów.
Że w miłosierdziu przyjmuje i rozmawia z tymi, których ja nie potrafię zrozumieć i przyjąć, bo u Jego stóp jest miejsce dla wszystkich.
Że w miłosierdziu wzywa mnie: „nie możesz spocząć”, nie tylko w wielkich sprawach i szczególnych miejscach, ale i w prostej, codziennej posłudze tam, gdzie zawsze.
Że w miłosierdziu powtarza mi: dzień po dniu ze „znanym niewielu” Ojcem Jordanem jest tak samo cenny, jak taka, czy inna okrągła rocznica, do której wielu przygotowywało się miesiącami.
Że w miłosierdziu cały czas zbliża ludzi do siebie, tworząc z nas rodzinę, złączoną więzami Jego Krwi, która już odkupiła każdego (por. DD I/21; DD I/133).

I że w miłosierdziu pozwala i pomaga mi w porę wracać do salwatoriańskiego domu, aby wychowywać mnie do różnych innych, ważnych, życiowych powrotów. Aż do tego najważniejszego, ostatniego powrotu do Domu – do nieba.

Tam już na mnie czekają – Franciszek Jordan, Matka Boża i On sam – Władca świata i historii, który prowadzi nas ku Sobie nieznanymi nam drogami swojej Opatrzności (por. KKK 314); On sam – Słowo, które było na początku i przez które wszystko się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało (por. J 1, 1-3).

*

Homilię wygłoszoną 9 września 2018 r., podczas Mszy Świętej dziękczynnej za życie i dzieło Ojca Franciszka Jordana, można przeczytać (lub wysłuchać) w linku poniżej:

https://www.cfd.sds.pl/?d=more,2794,190

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s