Proś codziennie bardzo usilnie Boga i Najświętszą Dziewicę i nie ustawaj w tym, żebyś mógł przynieść wielką, Bogu miłą rodzinę mężczyzn i kobiet, tak liczną jak piasek morski i gwiazdy na niebie, twojemu umiłowanemu Oblubieńcowi Jezusowi Chrystusowi, abyś mianowicie:
1. Powołał do życia świętą i miłą Bogu rodzinę.
2. Ofiarował twojemu Oblubieńcowi kiedyś w niebie niezliczonych świętych i Bogu miłych duchowych synów i córki.
DD I/184-185

Wczoraj w Ewangelii – plemię przewrotne, dziś – w przeciwieństwie do faryzeuszy – ludzie posłuszni słowom Jezusa, połączeni z Nim relacją głębszą niż naturalne więzy rodzinne. Gdy słyszę: „Kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest Mi bratem, siostrą i matką” – wcale się nie dziwię, że akurat w ten sposób słowo Boże prowadzi do zbliżającego się wielkiego święta dla całej Rodziny Salwatoriańskiej.

Dotychczas, ilekroć słuchałam Ewangelii o Jezusie przemawiającym do tłumów i o czekających na rozmowę z Nim Matce i braciach (por Mt 12, 46-50), czułam się jakoś po ludzku niezręcznie. Bo oni tak stoją, czekają, w dodatku na dworze, a On sobie głosi. Gdy Mu ktoś oznajmia, że bliscy przyszli, bliskimi nazywa siedzące przed Nim tłumy. I ku swoim uczniom „wyciąga rękę”, krewnymi jakby się nie zajmuje…

W spojrzeniu na tę historię „od innej strony” pomaga mi fakt, że całe Jordanowe dzieło nazywa się Rodziną. I to sam bł. Franciszek od Krzyża tak postanowił.

Bo może to wszystko jest inaczej? Może Jezus nie tyle się „nie zajmuje” swoimi, ile chce, żeby Jego najbliżsi włączyli się w to, co się działo? Nie chce być tylko dla nich, woli, by stali się częścią większej sprawy, większego wydarzenia.

To może być intuicja bardzo na wyrost, ale czy na przykład rodzice bł. Franciszka od Krzyża – Lorenz i Notburga, biedacy z Gurtweil, nie stali się częścią większej sprawy, którą dziś nazywamy: Societas Divini Salvatoris? Nie chodzi tylko o to, że przecież dali życie Ojcu Założycielowi. Przedwcześnie zmarły tata Lorenz, inwalida z powodu stratowania przez konie, swojego syna w habicie nie zobaczył, bo gdy umarł – Jan Chrzciciel Jordan miał 15 lat. Ale ta strata, bardzo głębokie przeżycie dla tak młodego chłopaka, była znaczącym etapem rozeznawania jego powołania. Mama – Notburga, nieco powątpiewająca, że wychowała przyszłego księdza, ciężko pracująca, by samej jakoś utrzymać dom i dorastających synów – czy nie była dla przyszłego Błogosławionego inspiracją i mobilizacją do pilności, pracowitości, do tego, że za wszystko, co się w życiu wybiera, trzeba wziąć odpowiedzialność? Naprawdę to warto pamiętać – ci prości ludzie z małej, niemieckiej wioski – najbliżsi bł. Franciszka od Krzyża – są ważną częścią jego pragnienia o świętej i miłej Bogu rodzinie, żyjącej dziś na całym świecie.

Mateuszowa Ewangelia na dziś pomaga mi także lepiej odnaleźć się w tych najważniejszych wyznacznikach Jordanowej pasji: wszyscy, zawsze, wszędzie. Jezus mówiący o słuchających go: „Oto moja matka i moi bracia” – wyjaśnia i definiuje te wyznaczniki do końca. Można powiedzieć, że tymi słowami stawia Boże fundamenty każdej salwatoriańskiej placówki, która powstanie dla zbawienia dusz. Może i dzięki tej Ewangelii bł. Franciszek od Krzyża nie dawał się nigdy wciągnąć w sytuację bez wyjścia, w której zmuszony byłby kogoś zostawić, powiedzieć komuś „nie”, sprawić, że ktoś poczułby się odrzucony. Tworzył wspólnotę ludzi, którzy mają do Zbawiciela takie samo prawo, gwarantowane Jego najświętszą Krwią przelaną za wszystkich (por. DD I/133). Którzy przyciągnięci przez Jego czyny i słowa będą Go poznawali, kochali i dzięki temu wiecznie z Nim żyli: A to jest  życie wieczne, aby znali Ciebie, jedynego i prawdziwego Boga oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa (J 17,3; DD I/83; 178).

Na tym zdaje się opierać pasja Jordanowa, wyrastająca z Bożego słowa i troszcząca się zawsze o choćby jednego – Jezus łączy ludzi, którzy mają Go właśnie dlatego i tylko dlatego, że się Nim dzielą. Buduje wspólnotę, w której nikt nie zagarnia Go dla siebie. To, co najważniejsze da się zachować tylko w otwartych rękach.

Choć to pięknie brzmi, proste nie jest. Przynajmniej dla mnie i uświadomiłam sobie to właśnie dzięki przyjaźni z bł. Franciszkiem od Krzyża. Pamiętam jakie były jej początki, jeszcze na długo przed wzięciem do ręki Dziennika Duchowego. Czytanie cichaczem wersji elektronicznej, notatki na luźnych kartkach i w terminarzu, który zwykle noszę ze sobą, zbieranie nagrań sesji Szkoły Duchowości Ojca Jordana, poruszenie, notowanie, notowanie, poruszenie i…. niemówienie o tym nikomu. Im bardziej zachwycało, tym bardziej chciałam zatrzymać to tylko dla siebie. Dokładnie tak – w pierwszym odruchu wcale nie byłam skłonna do tego, żeby się z kimkolwiek dzielić. A jeszcze pisać o tym tak, żeby inni mogli sobie czytać? Bloga zakładać? Nigdy w życiu!

Tak to chyba jest, że dopiero kiedy człowiek trochę się oswoi ze skarbem, zaczyna rozumieć, że nie da się go zatrzymać tylko dla siebie. Najlepszym sposobem, aby to, co najcenniejsze zachowało swoją trwałość i wartość, jest gotowość do dzielenia się, otwartość na innych, by mogli pożywić się tym, co nas karmi, napić się tego, co gasi nasze pragnienia –  niezależnie od tego, czy ostatecznie zechcą skorzystać, czy nie.

Jest w dzisiejszej Ewangelii jeszcze coś, co bardzo spotyka mnie z tym zwykłym chłopakiem z Gurtweil, biednym robaczkiem, jak sam o sobie mówił i którym chciał być nawet mając 62 lata (por. DD III/13). Jezus z prozaicznej sytuacji – wizyty najbliższych – czyni wielkie święto dla tych, którzy Go słuchają. Nazywa ich swoimi bliskimi, zaprasza ich znacznie bliżej, niż sami odważyliby się podejść. Odtąd będą mogli dumnie nosić miano Jego braci i sióstr. Pasja Jordanowa też zaczęła się prozaicznie – powiedzmy, od czyszczenia koryta rzeki, malowania pokojów i nadrabiania zaległości w nauce. A jutro za ten „trudny, ale błogosławiony początek” nie tylko życia samego Błogosławionego, ale i każdego, kogo za sobą pociągnął, Rodzina Salwatoriańska na całym świecie będzie Bogu dziękować i świętować! 

Dzień przed liturgicznym wspomnieniem bł. Franciszka od Krzyża warto zapytać:
Po co Bóg nam dał tego Błogosławionego, Ojca Rodziny powołanej do istnienia, by nikt nigdy nie poczuł się wyłączony z dobroci i miłości Zbawiciela?
Czy nie po to właśnie, byśmy zrozumieli, że słowa dzisiejszej Ewangelii Jezus wypowiedział również do nas i zrobił to po to, byśmy zawsze mieli odwagę myśleć o sobie jak o Jego bliskich?
Za wstawiennictwem bł. Franciszka od Krzyża – odważmy się, skoro Bóg sam tego chce.

Błogosławiony Ojcze Franciszku, módl się za nami!
Wiem, że nie spoczniesz dopóki – wstawiając się za każdym – nie zrealizujesz do końca tego punktu drugiego…

*

Zdjęcie użyte we wpisie jest własnością Wolontariatu Misyjnego Salvator (screen z filmu „Wierzyć jak Piotr”).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s