Beze Mnie nic nie możecie uczynić.
J 15,5; DD II/12, II/31; III/5; III/7; III/12

I Ewangelia, i Ojciec Franciszek Jordan mówią mi dziś coś o życiu. Na dodatek święto patronki Europy przypomina o św. Brygidzie, a historia Towarzystwa Boskiego Zbawiciela nie pozwala przejść obok tego faktu obojętnie.

Mamy 23 lipca, święto św. Brygidy, zakonnicy, patronki Europy, o której kiedyś myślałam rzadko, albo w ogóle. Aż przeczytałam, że dawno temu – 8 grudnia 1881 roku – w skromnej kaplicy Domu św. Brygidy w Rzymie, dwóch kapłanów złożyło na ręce Ojca Jordana proste śluby (nazwali je „wewnętrznymi”) całkowitego oddania się Bogu i życia Ewangelią w służbie drugiemu człowiekowi. Tak „zaczęło się” Towarzystwo Boskiego Zbawiciela… i życie Ewangelią wielu osób, także tych żyjących dzisiaj, niekoniecznie w czarnych habitach i nie tylko w okolicach Piazza Farnese w Rzymie, gdzie znajduje się ów Dom. Odważę się napisać, że w pewnym sensie tak „zaczął się” również ten blog, choć nikogo z nas – ani czytających, ani piszącej, nie było wtedy jeszcze na świecie. Ale jeśli Jordanowa pasja, tamtego dnia przypieczętowana ślubami, obejmowała wszystkich, niezależnie od miejsc i czasów, to chodziło również o nas.

Św. Brygida modliła się tak: „Uwielbienie i wieczna chwała Tobie, Panie Jezu Chryste, za to, że zesłałeś do serc Twoich uczniów Ducha Świętego i pomnożyłeś w ich duszach niezmierzoną miłość Bożą”. Dogadałaby się z Ojcem Jordanem. Mieli sporo wspólnego. Choć nie znam w szczegółach biografii tej świętej, można znaleźć informację o tym, że bardzo skutecznie łączyła kontemplację z działalnością apostolską, że pochylała się nad Słowem Bożym i…że, choć jest patronką Europy, w Polsce mało kto ją szerzej zna. Całkiem podobnie było u Ojca Jordana, także nadal „mało znanego”. On z kolei mawiał: Człowiek napełniony duchem apostolskim czyni wiele dobra, gdziekolwiek się znajduje; można o nim powiedzieć, ‘Przeszedł przez życie czyniąc dobrze’. Gdybyśmy posiadali ducha apostołów, świat zmieniłby się wkrótce – módlmy się o to.

No dobrze, to droga św. Brygido, drogi Sługo Boży Franciszku, oboje mi powiedzcie, jak budzić w sobie tego ducha apostoła, co może zmieniać świat? Jak dać pomnożyć w sobie miłość Bożą? Na szczęście nie trzeba robić tego samemu. Właściwie – nie da się samemu. Tłumaczy to szczegółowo Ewangelia na dziś, odnoszę wrażenie – fundamentalna dla świętej Brygidy, dla wkrótce błogosławionego Franciszka. I dla wszystkich, którzy pragną podążać ich śladami, zmierzając ku świętości.

Cytowany u góry wpisu fragment Janowy, to notatka powtarzająca się w Dzienniku Duchowym pięć razy, w różnych okresach życia Ojca Założyciela. Chyba pięć. Bo to, że coś udaje mi się policzyć na piechotę i potwierdzić wyszukiwaniem automatycznym jeszcze nie znaczy, że liczyłam prawidłowo. Ale prawidłowością życia duchowego Sługi Bożego Ojca Franciszka jest pewność, że bez Boga nie miałby nic i do niczego by nie doszedł (Bez Boga nic nie możesz!). Pewnie dlatego, cytując Janowy fragment dopisywał sobie, z myślą również o duchowych synach: Pamiętaj, salwatorianinie, słowa Chrystusa (por. DD III/5). Chyba nie obrazi się, jeśli po cichu zwrócę się również do siebie: „Pamiętaj „nie-salwatorianko…”.? Bez Boga nic nie uczynisz, kimkolwiek jesteś. Wspominany Janowy cytat pochodzi z Ewangelii na dziś (por. J 15, 1-8), w której Jezus mówi o sobie, że jest krzewem winnym. Jedynym gwarantującym życie latoroślom, o które dba sam Ojciec. Przesłanie jest jasne – trwaj w winnym krzewie, a będziesz żył i owocował. W Jezusie mamy życie, którego sami nie możemy sobie dać. I którego niczym innym nie da się zastąpić.

To, czego nauczył mnie klęczący i rozmodlony Franciszek Jordan, gotowy nieść miłość Boga na koniec świata, odnajduję w dzisiejszej Ewangelii: możesz być wolna i zależeć całkowicie od Boga. O to chodzi w prawdziwej i rozumnej wierze: być ludźmi Zbawiciela, żyć Jego życiem, nie przestając jednocześnie być sobą. Tak to przecież jest, że im bardziej zbliżamy się do Niego, tym bardziej jesteśmy „u siebie”, choćby oznaczało to jeden, skromny pokoik jak ten na Piazza Farnese. Im bardziej potrafimy myśleć po Bożemu, widzieć świat i swoje życie tak, jak On je widzi, tym bardziej się realizujemy… i mała kaplica z trzema kapłanami wystarcza, by zapoczątkować międzynarodową wspólnotę zakonną. Nie ma żadnego konfliktu interesów. Ewangelia mówi wprost: wraz z Bogiem mamy wspólny „interes”: nasze dojrzewanie i pełną realizację wszystkich zdolności, które On w nas złożył. Kiedy zaczynamy myśleć o sobie tak, jak myśli o nas Bóg, możemy wreszcie właściwie siebie zrozumieć (Drodzy, czytający Dziennik, czy wam też się kojarzy od razu Ojciec Jordan i: Żebym poznał Ciebie, żebym poznał siebie? – DD II/102). O to samo, co Jemu zaczyna nam chodzić i tego samego, co On chcemy (Znowu Dziennik: to samo chcieć i nie chcieć tego samego, to dopiero stanowi o prawdziwej przyjaźni – DD IV/28). Wniosek: pchamy wózek naszego życia w tę samą stronę. W stronę nieba. I to jest najlepszy kierunek!

Słowa Jezusa o winnym krzewie stawiają mnie przed wyborem, komu chcę oddać serce i z kim związać swoje życie. A to jest wybór czysto apostolski. Porusza mnie bardzo, że Franciszek od Krzyża potrafił swoją zwyczajną codzienność, ze wszystkimi problemami, niepewnością i niedoskonałością, złączyć z życiem Boga. Pokazał każdemu: kto swoimi czynami nie odrywa się od Boga, ten ma natchnienia, zapał i potrzebne siły, choćby było ciągle „pod górkę”. Warunek jest tylko jeden: nie zatamować przepływu Bożego życia. I ufać, że skoro jest ono niewyczerpane, to nie przyjdzie taki moment, w którym już nic przez nas nie przepłynie. Nawet jeśli nie będziemy tego czuć, życie i tak będzie krążyć, zasilając nasze (i nie tylko nasze!) serca. Wystarczy przypomnieć już nie pokój u św. Brygidy, ale ten z przytułku w Tafers, 37 lat później – gdzie wycieńczony chorobą, siedemdziesięcioletni Franciszek Maria od Krzyża Jordan powoli tracił życie, jednocześnie umacniając życie innych – swoich następców, których polecał Bogu: Mój Boże, błogosław moje dzieci, umocnij (je) i ucz je walczyć i uczyń, żeby zostali wszyscy świętymi! (DD, Ostatnie słowa). I którzy faktycznie przyszli i są, wspominając cierpienia Założyciela, pracują dalej (por. DD Ostatnie słowa: Inni przyjdą i będą, wspominając nasze cierpienia, pracować dalej).

No i jeszcze jedna intuicja rodem z Ewangelii o krzewie winnym, towarzysząca lekturze historii Towarzystwa Boskiego Zbawiciela, założonego w cichości i skromnie, gdzieś poza „wielkim światem”, choć obejmującego dziś cały świat, czekający na zbliżającą się beatyfikację Franciszka Jordana. Owoce naszego życia nie są ważne jedynie dla nas. Przynoszą chwałę Bogu i dobro dla innych. Dlatego warto się starać, by były jak najobfitsze i we właściwym czasie ujawniały sens sięgający nieba.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s