‘Dam ci znak o takiej pewności, że diabeł nie będzie mógł go podrobić. Ten znak jest serdecznym i gorejącym pragnieniem, by z miłości ku Mnie znieść uciążliwości i pogardę tak, że tak samo jesteś pogodna, gdy jesteś pogardzana, jak inni się cieszą, gdy są uhonorowani’
DD I/51

Dziennik Duchowy podaje, że to słowa Chrystusa do św. Angeli z Foligno. Przykuła zresztą moją uwagę właśnie żeńska forma. No i to byłoby coś – kochać Boga tak bardzo, że nawet doświadczanie pogardy nie pozbawia pogody ducha.

Właściwie dzisiejsze żądanie znaku w Ewangelii (por. Łk 11, 29-32) też jest jakąś pogardą. Pogardą wobec Jezusa i tego, jak On realizuje swoją, nie gardzącą (por. Ps 51) obecność między ludźmi. Po co im ten znak? Co miałby im dać? Nie domagali się znaku po to, by uwierzyć. Raczej po to, by mieć powód do jeszcze bardziej zajadłych ataków.

A przecież ten, kto naprawdę chce poznać, zrozumieć i uwierzyć, najpierw sam podejmie wysiłek. Tak było z królową z Południa. Tak było z mieszkańcami Niniwy. Tak było z bł. Franciszkiem Jordanem. Nie domagali się znaków, lecz zmieniali swoje życie. Nie marnowali tego, co słyszeli (por. Jon 3, 5). I uczą nas dzisiaj, w tym Wielkim Poście: Bóg daje tyle, ile potrzeba nam do zmiany.  Niezależnie od tego, jak łatwo  i jak wygodnie powtarzać sobie: może w innych warunkach, w innym czasie, w innym zestawie możliwości…

Co by było, gdyby bł. Franciszek od Krzyża miał taki sposób myślenia? Mógłby narzekać na czasy (kulturkampf, I wojna światowa), na warunki (mała kaplica w Domu św. Brygidy w której wszystko się zaczęło), na możliwości (choćby bieda, która go dotykała). Co by było gdyby, wierząc, że Towarzystwo jest faktycznie Bożym dziełem, próbował dyktować Jezusowi warunki jego powstania, działania i zatwierdzania?  Swoją drogą, wczoraj była 111 rocznica aprobaty papieskiej dla Towarzystwa Boskiego Zbawiciela na którą bł. Franciszek czekał… trzydzieści lat! Co by było, gdyby nigdy nie wynotował sobie z lektury duchowej: Wszystko z miłości, nic z przymusu (DD III/26; znawcy mówią, że to myśl św. Franciszka Salezego, którą wynotował być może z książki bpa Jeana Pierre’a Camusa). Co by było, gdyby wolał innych upominać by się starali, a sam nie podejmował starań? Co by było, gdyby nie miał przekonania pisząc: Gdy po prostu jesteś tu i czynisz to, czego Bóg chce od ciebie, to najpewniej osiągniesz zbawienie swoje i bliźnich – z pomocą Bożą. Czy nie dał ci kochany Bóg wyraźnego znaku, do czego cię powołał, gdy w żarliwej trosce o zbawienie dusz udzielił ci najwyższej wewnętrznej radości, pociechy i pokoju serca? (DD I/134).

Może nie ma potrzeby i sensu tak pisać, bo Błogosławiony ani sobie nie gdybał, ani wobec Boga niczego nie żądał, a jeśli stawiał wymagania to przede wszystkim sobie. Tak stopniowo dojrzewał do tego, co zostało mu dane i zadane. Dlatego wierzę mu, gdy w taki czy inny sposób mówi mi: nie próbuj wychowywać Boga. Samą siebie wychowuj…

Całe dzieło bł. Franciszka Jordana, jego wielka miłość do Jezusa Chrystusa i głoszenie do ostatniego tchnienia (por. DD III/17) mocy zmartwychwstania to konkretny, żywy dowód – ten znak wystarczy. Jest przekonujący. W ślad za Ojcem Założycielem potwierdzają to posługujący dziś salwatorianie i salwatorianki, świeccy salwatorianie i wszyscy, którym Jordanowy ogień rozpalił serca i w cieniu krzyża (por. DD I/163) dali się Boskiemu Zbawicielowi przekonać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s