Nie zapomnij cudów Boga!
DD I/67

Pięć lat.
Aż trudno uwierzyć, że minęło już tyle od dnia, w którym Kościół wypowiedział publicznie to, co wielu nosiło w sercu od dawna: Franciszek Maria od Krzyża Jordan jest błogosławiony.

Pamiętam tamten majowy dzień. Radość, wzruszenie, wdzięczność. Wyczekiwanie przed telewizorem na transmisję, znacznie wyolbrzymione przekonanie, że oglądając – ogarnę jakoś język włoski. Pamiętam małą Livię Marię wymachującą nogami, tak samo jak dzieci z mojej parafii, które dziś miały swoją pierwszą spowiedź.

Dziś mamy już relikwie Błogosławionego, litanię, wspomnienie liturgiczne, a Livia Maria w dzień swojej Pierwszej Komunii Świętej już nie wymachiwała nogami. Zapytana jak się czuje po przyjęciu Pana Jezusa odpowiedziała najpiękniej jak można: „SZCZĘŚLIWA, jestem SZCZĘŚLIWA!”.

Dziś w czytaniu Pan mówi do Pawła: „Przestań się lękać, a przemawiaj i nie milcz, bo Ja jestem z tobą” (Dz 18,9-10). I dobrze jest pomyśleć, że błogosławieni też czuli lęk. A czując go, byli zdolni wzywać samych siebie: Obojętnie, jakie cierpienia, doświadczenia, troski, lęki, upokorzenia itd., spadną na ciebie, mów zawsze z głębi twego serca: Bądź wola Twoja! (DD I/18). Pewnie i dlatego bł. Franciszek od Krzyża do końca ufał, że jeśli jego pasja jest dziełem Bożym, to Bóg sam je poprowadzi. Dziś można powiedzieć jedno: poprowadził.

W Ewangelii zatrzymują mnie słowa: „radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać” (por. J 16, 20-23a). Zatrzymują mnie, bo przypominają radość Kościoła tamtego dnia. Wyczekiwaną od lat. Szczęśliwych salwatorianów i salwatorianki. Fakt, uśmiechy trochę skrywały maseczki (2021 r.), ale oczy pełne łez wzruszenia można było dostrzec bez trudu. Oto proste – nieco ukryte – życie bł. Franciszka stało się światłem na drodze, niekoniecznie tylko salwatoriańskiej…

Zastanawiam się dziś tak zwyczajnie – bez patosu – bo on go nie lubił: kim jest dla mnie Błogosławiony Franciszek Maria od Krzyża Jordan po tych pięciu latach?

Nie jest postacią z historii salwatorianów, choć przecież kiedyś tak właśnie na niego patrzyłam.
Nie jest nawet bohaterem tego bloga.
Jest niezmęczonym mną nigdy towarzyszem prostoty mojego życia. Zawsze jest gdzieś między radością, a smutkiem, chodzi ze mną od trudu do cudu. Uczciwie rzecz biorąc – od cudu do trudu też. Tak przecież tkana jest każda codzienność.
I uczy mnie tak doświadczać żywego Jezusa, bym w codzienności utkanej z cudów i trudów mówiła jak – już nie taka mała – Livia Maria:
Jestem szczęśliwa! I nikt mi tego nie zdoła odebrać.

Dodaj komentarz