Boga można łatwo poruszyć wdzięcznością.
Kapituła 31.12.1898

Przeczytałam niedawno w jednej książce: „Bądźmy wdzięczni. Dziękujmy. Warto sobie uświadomić, że jest za co”. Można powiedzieć, że to była taka książka – testament. Podsumowanie długiego już życia. Odkrycie, że miara ważności spraw z czasem się zmienia. I że ostatecznie liczy się jedno – powrót do Jezusa i Jego Ewangelii.

W dzisiejszej Ewangelii (por. Łk 17,11-19) też jest mowa o powrocie do Jezusa. I właśnie ten powrót jest kluczową sprawą. Odkrył to uzdrowiony z trądu Samarytanin, jeden z dziesięciu osób, którym Jezus przywrócił zdrowie.

Mogłabym powiedzieć: to mi „pachnie” bł. Jordanem. Słyszę jego różne napomnienia: wracaj, podziękuj. Kto zna jego pisma – chociaż trochę – ten wie, że wdzięczność powtarza się tam niemal w kółko. I nie szło o jakąś tam teorię, która ładnie brzmi. To miał być konkretny sposób życia (nie tylko dla salwatorianów) – życia uważnego na dary, a przede wszystkim na Dawcę darów. Życia, które miało upłynąć na codziennym „Deo gratias” (Bł. Franciszek Jordan zwykł się modlić koronką wdzięczności, powtarzając dziękczynienie Bogu na 33 paciorkach, symbolizujących lata życia Jezusa).

Kiedy słyszę, że ktoś długo pamięta otrzymane dobrodziejstwa, jest to dla mnie większy znak świętości, niż gdybym słyszał, że się biczuje czy ma wizje – mówił Błogosławiony współbraciom ( Kapituła 16.02.1900). Fakt – kto pamięta – ten kocha. Postawa wdzięczności jest oznaką świętych – pisał sobie w Dzienniku (por. DD I/75). Czyli on też ją praktykował. I chyba wiedział, że wdzięczności nie da się „wyuczyć”. Raczej trzeba odkryć ją w sobie – jako naturalną, właściwą człowiekowi, dziecku Bożemu. Przynajmniej tak mi ją bł. Franciszek pokazał. I jestem mu wdzięczna za tę wdzięczność.

W Ewangelii o uzdrowieniu dziesięciu trędowatych ogarnął się tylko jeden. Wrócił. Podziękował. Pozostali poszli dalej.
Co to znaczy? To znaczy, że wdzięczność nie jest czymś oczywistym. Nie jest tylko kwestią wychowania, czy uprzejmości. Nawet nie jest tylko kwestią religijną, bo tamtych dziewięciu – pewnie Żydów – przecież wiedziało, jak należy postąpić…

Bł. Franciszek Jordan nie napisał nigdzie definicji wdzięczności. Bo nie o definicję chodzi. Nie o znajomość tematu. Chodzi o taką praktykę życia, w którym wdzięczność jest na porządku dziennym. I jest tak oczywista, że się jej wcale nie tłumaczy.

„Widzę” w głowie bł. Franciszka Jordana modlącego się godzinami w kaplicy i przychodzi mi na myśl, że wdzięczność to przyjaciółka kontemplacji. Siostra zdumienia, które z modlitwy się rodzi i do modlitwy prowadzi, uwalniając z kokonu zranień i pretensji; oczekiwań i roszczeń. Wdzięczność to ta, co woła: Wszystko jest darem! I powoli, z zaufaniem pomaga rozpoznawać Boże działanie w ludzkim życiu. Wspiera w dostrzeżeniu, nazwaniu i zapamiętaniu tego, co On robi dla nas.

Mogę dziś stanąć obok uzdrowionego Samarytanina oddającego chwałę Bogu.
Mogę wrócić jak on.
Wrócić pamięcią do tego, jak zostało mi przywrócone zdrowie – więcej niż fizyczne – dzięki tym, przez których On udzielił mi swojego światła; przez ludzką życzliwość, dobroć, prostotę gestów i słów, przez głębię milczenia. Przez obecność, co jak miłość – wystarczy, że jest. Wrócić i sercem przygarnąć wszystkich, kiedykolwiek mi bliskich.

Wrócić i ucieszyć się każdym drobiazgiem, jak manną z nieba, okruchem z pańskiego stołu, dyskretnym uśmiechem, jednym dobrym słowem, które pozwoliło już „nie zatrzymać się z daleka”.
I – ciesząc się – przypomnieć sobie, że cuda nie dzieją się dla cudów.
Cuda dzieją się po to, by wracać.
By wracać do Jezusa.
Bo spotkanie z Nim jest największym cudem.

„Bądźmy wdzięczni. Dziękujmy. Warto sobie uświadomić, że jest za co.”
I jest Komu.

Dodaj komentarz