Wiedz, że twój Zbawiciel cię uwolni w Jemu znanej godzinie i będzie cię pocieszać! Na modlitwie zwracaj uwagę na to i pamiętaj, z kim rozmawiasz!
DD I/17-18
Dziś zewsząd słychać: sam Bóg przychodzi, aby nas zbawić. Tak mówi Izajasz w czytaniu, podobnie psalmista: „Oto Bóg przyjdzie, ażeby nas zbawić”. A w Ewangelii Jezus uzdrawia człowieka sparaliżowanego, który zostaje przyniesiony przez przyjaciół. Uzdrawia go z dolegliwości fizycznej w ten sposób, że najpierw odpuszcza mu grzechy.
Dobrze w trwającym Adwencie usłyszeć: Ten, na którego czekamy jest Zbawicielem. Po to przychodzi, aby nas uwolnić od grzechu. Tylko On ma taką władzę, by uleczyć całego człowieka – ciało i duszę. Ale Ewangelia na dziś (por. Łk 5,17-26) opowiada, że Jezus musi się mierzyć ze złymi myślami nurtującymi serca faryzeuszy i uczonych w Prawie. Przyglądam się tej ewangelicznej scenie i przychodzi mi do głowy, że naprawdę wiele zależy od tego co i jak się myśli.
Ci, którzy przynieśli do Niego paralityka są pełni dobrych myśli. Chcą pomóc człowiekowi dotkniętemu chorobą – raz, dwa – wierzą, że to właśnie Jezus może mu pomóc. Gdy padają słowa o odpuszczeniu grzechów, nie mówią ani słowa. Ale dobrze myślą, to znaczy ufają, że Jezus wie, co jest w człowieku i co należy zrobić, by mógł odzyskać zdrowie. Ich myśli są pełne nadziei, że determinacja z jaką docierali do Jezusa nie pójdzie na marne.
Co innego faryzeusze i uczeni w Prawie. Ci węszą podstęp, szukają powodu, by oskarżyć Jezusa. Chcą Go sobie podporządkować i dostosować do własnych kategorii. Nie, nie są w stanie Go powstrzymać przed działaniem wobec tych, którzy wierzą. Ale w ich własnych sercach nie ma dla Niego miejsca.
Całkiem „przy okazji” siedzenia nad tą Ewangelią natrafiłam na notatkę bł. Franciszka Jordana, która pochodzi z początkowych stron Dziennika. Zapisał ją więc jako młody człowiek, mniej więcej trzydziestolatek, kiedy szukał kryteriów rozeznania prawdziwości swego powołania: Myśl często o tym, że kiedyś wszystkie usposobienia i działania muszą być w takim stanie, że ty się ich nie musisz wstydzić w dniu sądu powszechnego! Nie bądź jednak nigdy małoduszny i nie trać nadziei, gdy pozornie nie ma przed tobą żadnego wyjścia i gdy będziesz potwornie dotknięty albo poddany próbie! (por. DD I/17-18). Jakby nie było, historia z Ewangelii jest jakąś próbą dla tych, którzy gromadzą się przy Jezusie. Później przecież powiedzą: „Przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj”.
Gdyby małoduszni byli mężczyźni, co spuszczali łoże przez dach mogliby powiedzieć choremu: „słuchaj, jesteśmy bez szans, nie dopchamy się do Niego”. I może ciąg dalszy tej historii by się nie wydarzył. Gdyby małoduszny był sam paralityk, może nawet nie chciałby być niesiony do Jezusa i wówczas ta historia nawet by się nie zaczęła. Gdyby małoduszny okazał się bł. Franciszek Jordan, pasja ratowania wszystkich musiałaby przebiegać innymi drogami…
Jak wiele zależy od myśli. Od wspominanego przez bł. Franciszka usposobienia. Zwłaszcza, gdy pozornie nie ma przed tobą żadnego wyjścia. Albo – jak podpowiada Ewangelia – wejścia.
Na szczęście Jezus – Zbawiciel – nie da się zatrzymać w działaniu dla tych, którzy w Niego wierzą, choćby wszyscy wokoło – nawet tylko w myślach – sugerowali Mu co innego. Ale prawdą jest i to, że nasze myśli – tak, jak myśli faryzeuszy – mogą Go skutecznie zatrzymać na progu naszego serca.
Zostaję dziś z – wcale nie takim łatwym – pytaniem: co myślę o Bogu i o samej sobie? Co myślę o moim Zbawicielu – będąc świadkiem cudu, który uczynił drugiemu, albo wtedy, gdy to ja potrzebuję cudu od Niego?