Dobrze, że dajesz mi cierpienie. Chętnie przyjmuję je w duchu pokuty, z miłości do Ciebie, Panie, w duchu pokory i pokuty.
Kapituła 22.06.1894

Trzecia niedziela Adwentu, zwaną różową, odsłania światło Chrystusa, który jest już blisko, aby powrócić w chwale. To światło daje więcej koloru niż patrzenie przez różowe okulary: bo zamiast płytkim optymizmem, radujemy się prawdziwą obecnością Chrystusa, przenikającą naszą codzienność.

Tymczasem w Ewangelii na dziś (por. Mt 11,2-11) okoliczności mało radosne – Jan Chrzciciel, ten radykalny prorok znad Jordanu, co umiał dosadnie i w punkt mówić do każdego, siedzi w więzieniu. Zdaje się, że wątpi, że podważa sens swojej misji. Trzeba wprost powiedzieć: on cierpi. Może faktycznie przechodzi próbę wiary? Uwięziony czeka na dopełnienie życia męczeństwem, więc ciemności wiary są zrozumiałe. W takich chwilach najmocniej ujawnia się konieczność skorygowania różnych własnych wyobrażeń. I wychodzi na to, że każdy z nas tych korekt potrzebuje.

A Pan Jezus każe Janowi powiedzieć przede wszystkim o dokonywanych przez siebie dziełach mocy mesjańskiej – ślepi wzrok odzyskują, kalecy mogą chodzić, trąd spada z trędowatych, a umarli zmartwychwstają. Ewangelia mówi, że Jan usłyszał „o czynach Jezusa”, ale grecki oryginał brzmi nieco inaczej „Jan usłyszał czyny”.

Dlatego przypominam dziś sobie, w tę Niedzielę radości, różne momenty, w których miałam okazję „usłyszeć czyny” – czyli komunikować się z innymi języku gestów, zachowań, działań. Kiedy nie słyszałam słów, ale to, co się działo, zapewniało mnie o Bogu, który mnie kocha i mówi do mnie przez ludzi czyniących mi dobro. Proste rzeczy – uśmiech, przytrzymanie drzwi do kościoła, podanie ręki na schodach bez poręczy, czekanie na dworcu, gdy wysiadałam z pociągu, zostawienie podgrzanego obiadu, czy nieoczekiwana serdeczność w kolejce do badań lekarskich. Bł. Franciszek Jordan zwykł podawać rękę biedakom stojącym w kolejce po chleb przy Domu Macierzystym. Nie zawsze z nimi rozmawiał, ale oni czuli się „wysłuchani” gestem. Albo zostawiał otwarte drzwi do swojego pokoju, gdy tylko domyślał się, że współbrat może potrzebować rozmowy. Aby poczuł się przyjętym, zanim jeszcze o przyjęcie poprosi. Mowa czynów, która „brzmi” jak słowa św. Franciszka z Asyżu: „Zawsze głoście Ewangelię, a jeśli to konieczne – także słowami”. To jest prawdziwa obecność Chrystusa, który przez ludzką mowę czynów przenika naszą codzienność.

Mam nieodparte wrażenie, że to właśnie pokora uczy „mówić” w taki sposób i jednocześnie pokora pomaga „usłyszeć” czyny, czyli rozumieć je głębiej niż odruch i czytać do końca.

Mowa czynów jest wyzwaniem. Wiąże się z konkretnym zaangażowaniem i bardziej świadomym „ukryciem siebie”. I rodzi błogosławioną pewność i radość, całkiem inną niż płytki optymizm, czy ucieczka w przyjemność; radość niezależną od warunków w jakich się człowiek znajduje: On jest. I On jest Tym, którego mam oczekiwać. A Jego czyny gwarantują, że radości z Niego samego nikt i nic mi nigdy nie zabierze.

Dodaj komentarz